Data11.03.201608:00 - 17.03.201617:00

MiejsceBarcelona

KategoriaWyjazdy

Opis wydarzenia

Wyjazd z Fan Club Barca Polska to jest super rzecz!

 

Na dziesięć dni przed Świętami Bożego Narodzenia w szwajcarskim Nyonie rozlosowano pary 1/8 finału Ligi Mistrzów. Ówczesny sekretarz generalny Gianni Infantino aka "łysy", jeszcze przed zmianą barw klubowych z UEFA na FIFA, sprawił wszystkim cules przedwczesny prezent gwiazdkowy. FC Barcelona trafiła na swojego starego dobrego znajomego - ekipę Arsenal F.C. Pozostało tylko wypatrywać oficjalnej wiadomości o wspólnym wyjeździe na mecz. Fan Club Barca Polska jak zwykle stanął na wysokości zadania!

 

Jadąc tramwajem w kierunku Stadionu Miejskiego we Wrocławiu znajdującym się przy ulicy Królewieckiej, gdzie przewidziana była zbiórka na wyjazd do Barcelony, doszły mnie pierwsze niepokojące sygnały na temat autokaru wyruszającego z Łodzi. Z rozmowy telefonicznej z moją koleżanką zdołałem tylko wyłapać kluczowe słowa - zaklinowane koło, holowanie, traktor. Brzmi absurdalnie? To dopiero początek. Szybkie sprawdzenie portali społecznościowych i od razu mój wzrok powędrował ku niecodziennemu zdjęciu. Proszę sobie wyobrazić piętrowy, mogący przewieźć pond 80 osób autobus, któremu tylne koło spadło z krawężnika przy próbie skrętu. Przez dobre kilkanaście minut kierowcy z marnym skutkiem próbowali wydostać pojazd z tarapatów w jakie wpadł. Na szczęście, jak to zawsze w takich chwilach bywa, w okolicy pojawił się życzliwy traktor i z jego pomocą autokar powrócił na dobre tory. Byłem przekonany, że takie rzeczy dzieją się tylko w Monty Pythonie.

 

Wyjazd rozpoczął się od trzęsienia ziemi, a później napięcie już tylko rosło, tak jak w filmach Hitchcocka. W okolicach Karlsruhe, gdzie odbyć się miała wymiana kierowców zawiódł sprzęt nawigacyjny. Zdezorientowani kierowcy nie mieli pojęcia, w którym miejscu mają zjechać, by dotrzeć do celu. Efekt? Kolejne zmarnowane minuty i realne zagrożenie ominięcia sobotniego spotkania Barcelony z Getafe, które zaplanowane zostało na godzinę 16:00. Wtedy do akcji wkroczył niezawodny Sławek Hryciuk - jeden z koordynatorów wyjazdu. Znany i lubiany McBet zasłynął z koszulki o napisie "I speak Polish. What's your superpower?" Umiejętność posługiwania się płynnym polskim nie była jednak jego jedyną zaletą. Pomimo presji czasu McBet posiadał moc spokoju i anielskiej cierpliwości, dzięki czemu ostatecznie udało się dotrzeć w ustalone miejsce. Szybka zmiana kierowców i można było ruszać w kierunku upragnionej Barcelony. Po kilkugodzinnej jeździe, już bez żadnych przygód, dotarliśmy do stolicy Katalonii na 3 godziny przed rozpoczęciem spotkania. I było z tego wiele radości.

 

Podaruj mi trochę słońca

 

Szybkie zameldowanie się w pokojach, jeszcze szybszy prysznic, obowiązkowe przebranie się w barwy ukochanego klubu i można było udać się metrem w kierunku Camp Nou - stadionu, który każdy kibic Barcelony powinien zobaczyć przynajmniej raz w życiu. Nigdy nie zapomnę pierwszego wrażenia jakie wywarło na mnie wyjście z tunelu i widok wypełnionego ponad 90 tysiącami kibiców Blaugrany stadionu - było to prawie rok temu. 12 marca ponownie mogłem doświadczyć ponownie tych samych głębokich przeżyć. Czułem, że jestem w domu.

 

Samo spotkanie z Getafe nie dostarczyło zbyt wielu wrażeń, ponieważ od początku toczyło się wedle z góry ustalonego scenariusza. Jedynie co wyróżniało ekipę gości, to jaskrawe stroje. Poza tym przeciwnicy nie byli żadnym rywalem dla rozpędzonej Dumy Katalonii. Nawiązując do grupy Bemibek i ich szlagieru "Podaruj mi trochę słońca" w trakcie spotkanie nie zabrakło dobrej pogody, jeszcze lepszego wyniku oraz śpiewów, przerywanych od czasu do czasu meksykańską falą. Pełen chillout. Zabrakło jedynie piwa i kiełbasek. Dla formalności dodam, że dwie bramki w tym spotkaniu zdobył Neymar ku uciesze jednej z koleżanek należących do Fan Club Barca Polska, która nie chciała jego transferu do Barcelony (nigdy nie pozwolimy zapomnieć jej o tych słowach :D), a po jednym trafieniu dołożył Rodriguez (gol samobójczy), Munir, Turan oraz Messi. Ten ostatni zanotował również trzy asysty, rehabilitując się za niestrzelony w pierwszej połowie rzut karny, który oczywiście nagrywałem w ramach pamiątki (auć!).

 

Zaraz po ligowym meczu udaliśmy się do Palau Blaugrany, gdzie za niecałe 30 minut miało rozpocząć się starcie w Copa Del Rey w piłce ręcznej pomiędzy FC Barcelona Lassa oraz przeciwnikiem o długiej i skomplikowanej nazwie. Była to idealna okazja do przyjrzenie się z bliska reprezentantowi naszego kraju - Kamilowi Syprzakowi. Gospodarze jedynie przez krótki moment pozwolili dogonić się gościom na odległość dwóch bramek, lecz ostatecznie wygrali różnicą 8 goli. W oczy rzucała się duża liczba wolnych miejsc, co było naturalne ze względu na to, że ani przeciwnik nie był zbyt atrakcyjny, i przecież niecałe 2,5 godziny wcześniej swoje spotkanie rozgrywali piłkarze Barcy. FCBP jednak nie zawiodła i w sile ponad 20 osób nie żałowała swoich mocno już zmęczonych gardeł, by wspierać obrotowego Barcelony. Wytrwały doping przyniósł nam jedno z najmilszych wspomnień odnośnie całego wyjazdu. Syprzak po niecałych 10 minutach od zakończenia zawodów, podszedł przywitać się z polskimi kibicami, cierpliwie pozując do zdjęć oraz rozdając autografy. Obiecał także, że jest w stanie załatwić bilet na następne spotkanie, o ile wcześniej zostanie uprzedzony. Trzymamy za słowo!

 

Po popołudniu obfitującym w dwa wydarzenia sportowe, zmęczeni i zarazem szczęśliwi, udaliśmy się w drogę powrotną do hostelu, by jak przystało na prawdziwych chrześcijan odespać kilkugodzinną podróż autokarem oraz w dobrym zdrowiu zwiedzać miasto następnego dnia. Tylko żartowałem. Spokojnie na pewno nie było. :)

 

Każdy rozgrywa swoje maratony

 

Dzień po spotkaniu z Getafe w Barcelonie odbył się Zurich Marato Barcelona, w którym siedmiu śmiałków z FCBP Active Team (po więcej zapraszam na oficjalną stronę fcbp.pl) wzięło udział. Siódemka straceńców: Marek Palarczyk, Marcin Krebs, Paweł Ochowiak, Sławomir Zurawski, Sebastian Balcerzak, Tomasz Lasota oraz Dawid Dura - najmężniejsi z rodu polskiego Barcelonismo, zmierzyli się z koronnym dystansem 42 195 km i niczym pierwszy grecki maratończyk Fillippides, który w 490 r. p.n.e., po zwycięstwie Greków z Persami pod Maratonem, przybiegł z pola bitwy do Aten, aby obwieścić zwycięstwo, po czym wyzionął ducha. Nie dość, że nasi reprezentanci w przeciwieństwie do Filippidesa ukończyli bieg z uśmiechem na ustach, tak na szczególne wyróżnienie zasłużył Dura. Dawid najpierw przebył prawie 30 godzinną podróż do stolicy Katalonii, później obejrzał spotkanie Barcy, przespał się parę godzin i wśród naszych biegaczy osiągnął drugi najlepszy czas. Tak właśnie powinno biegać się współczesne maratony. Kozak!

 

Jedni biegają długie dystanse, a inni rozgrywają własny maraton - niekonieczne najlepiej sprzyjający zdrowiu :) Po każdej ciężkiej nocy do pionu stawiał nas napój bogów, a mianowicie "Damm Lemon"- piwo z lemoniadą (absolutnie trzeba spróbować). Po lekkim wspomaganiu w końcu można było udać się na zwiedzanie miasta. Na początku obraliśmy kurs na La Rambla - ruchliwą kilkumetrową ulicę w centrum Barcelony, która jednak była jedynie przystankiem do Placa Reial. Na niewielkim placu, gdzie pod arkadami znajduje się wiele kawiarenek, w centrum położona jest fontanna i latarnie projektu Gaudiego, lecz nas najbardziej zaciekawił targ z rozmaitymi starociami, historycznymi banknotami, monetami oraz płytami winylowymi. Jednak dla wytrawnych łowców okazji pokroju McBeta czy Adamsa - najcenniejsze łupy były związane oczywiście z FC Barceloną. Wierzcie mi na słowo, że trafili na kilka niezłych perełek. Po leniwym "szopingu" wróciliśmy na najbardziej komercyjną i zdradliwą ulicę w mieście, by udać się pod pomnik Krzysztofa Kolumba, gdzie czekał na nas kolejny targ, na którym liczyliśmy nabyć kilka niezłych fantów. Później szybki spacer po porcie, pamiątkowe zdjęcia na facebooka i na koniec obowiązkowo paella z owocami morza, w końcu zwiedzanie zmaga apetyt.

 

Te quiero Barcelona. Ellas en el poder...

 

Czy kiedykolwiek widzieliście film "Vicky Cristina Barcelona" wyreżyserowanego przez Woody'ego Allena lub wysłuchaliście utworu "Barcelona" autorstwa grupy muzycznej de facto podchodzącej z miasta Gaudiego - Giulia y los Tellarini? Jeżeli na oba pytania odpowiedzieliście przecząco, to przed wizytą w stolicy Katalonii polecam nadrobić te zaległości. Pozwolą Wam się w czuć w klimat tego miejsca.

 

Jednak żaden film, zdjęcie czy obraz nie odda w połowie magii BCN. Była to już moja czwarta wizyta i za każdym razem czuję niedosyt. Pamiętam jak za pierwszym i drugim razem goniłem za odkrywaniem kolejnych dzielnic i zabytków Barcelony, aż w końcu w całym tym szaleńczym tempie, dotarło do mnie, że miasto oglądam jedynie przez obiektyw aparatu. Zazdroszczę osobom, które odwiedziły stolicę Katalonii po raz dziesiąty lub dwudziesty (tak, znam takie persony), bo nigdzie się nie spieszą, potrafią dostosować się do tempa życia mieszkańców i w pełni docenić jego urok. Wraz z kolejnymi wyjazdami z FCBP oraz za sprawą świetnych przewodników w postaci Adamsa i McBeta, w końcu mogę powiedzieć, że zwiedzam Barcelonę, tak jak powinno się to robić, czyli leniwie i bez pośpiechu. Tylko wtedy poczujesz jak bardzo z minuty na minutę stajesz się częścią tego miasta.

 

Tak, to prawda że są takie chwile, że po prostu MUSISZ strzelić sobie fotkę. Mam na myśli przede wszystkim punkt widokowy - Bunkers del Carmel, który najlepiej odwiedzić wieczorem. Najwyższe wrażenia estetyczne gwarantowane! Do meczu Ligi Mistrzów z Arsenalem miałem trochę czasu na odkrycie nowych miejsc, a także czas na przywitanie się ze starymi znajomymi dzielnicami, jak i atrakcjami. Opisywanie ich z osobna mija się z celem, to trzeba po prostu zobaczyć. Najlepiej z FCBP. :)

 

The Final Countdown

 

Po kilku romantycznych wersach, które miały pokazać moją wrażliwą duszę wśród pięknych dam wspierających nasz ukochany klub (wszystkie fanki proszone są o pozostawienie namiarów w prywatnych wiadomościach), przyszedł czas na creme de la creme. 16 marca dokładnie o 20:45 po raz pierwszy w życiu ujrzałem Camp Nou w swojej wieczornej aurze, zalane strugami deszczu oraz w świetle reflektorów, skierowanych na najlepszą drużynę XXI wieku. Przed rozpoczęciem zawodów rozbrzmiał hymn Ligi Mistrzów, i choć niektórzy doszukują się w nim słowa "kaszanka", tak słuchając go na żywo, uwierzcie mi - robi piekielne wrażenie.

 

Z powodu deszczu ostateczna liczba kibiców oscylowała w okolicach ponad 76 tysięcy, co przy takim gigancie jakim jest Camp Nou, stadion fragmentami wydawał się pusty. Nie przeszkodziło mi to jednak w żadnym wypadku delektować się grą podopiecznych Luisa Enrique. Moje miejsce usytuowane było kilka rzędów niżej od kibiców drużyny przyjezdnej, co dodawało tylko smaczku całej rywalizacji. Wraz z przyjaciółmi Fan Club Barca Polska oczekiwaliśmy na pewne zwycięstwo naszych ulubieńców.

 

Po początkowej przewadze Arsenalu, który z racji niekorzystnego wyniku z pierwszego spotkania, często gościł pod bramką ter Stegena, do głosu doszli gospodarze. Barcelona pierwszą dogodną sytuację stworzyła sobie w 17. minucie: Neymar dograł idealną piłkę do Messiego, lecz ten w sytuacji sam na sam przegrał pojedynek z Ospiną. Dwie minuty później nie było już przebacz. Błąd w wyprowadzeniu piłki przez podopiecznych Arsene'a Wengera, Messi zagrał do Suareza, Urugwajczyk do Neymara i BANG! Barca na prowadzeniu i tylko kataklizm mógłby odebrać jej awans do ćwierćfinału.

 

Do końca pierwszej połowy piłkarze Blaugrany wyglądali na zawodników, którzy nie dążą do podwyższenia rezultatu za wszelką cenę i bardziej od kolejnego trafienia - zależało im na jak najmniejszym nakładzie sił. Chwilowy przestój podopiecznych Enrique próbowali wykorzystać Kanonierzy, ale "Szefuncio" zawsze był na posterunku, a wygarnięcie piłki Danny'emu Wellbeckowi w sytuacji sam na sam z ter Stegenem - klasa światowa. Co ciekawe w drugiej połowie, w jeszcze cięższej sytuacji naprawiając błąd Jeremy'ego Mathieu, po raz kolejny powstrzymał napastnika Arsenalu.

 

Goście w przekroju całego spotkania zdołali odpowiedzieć tylko jednym golem autorstwa Elneny zza pola karnego. Był to nieliczny moment, w którym odpowiedzialność za stratę gola ponosi cały zespół. Ter Stegen zagrał problematyczną piłkę do Alby, który zdołał zgrać ją jeszcze do Suareza. Urugwajczyk nie potrafił jej przytrzymać, co doprowadziło do kosztownej straty i późniejszej lawiny błędów. Rakitić, Iniesta, Mascherano, Mathieu oraz Busquets zbyt wolno dokonali korekty w ustawieniu i przekazywali wzajemnie krycie.

 

Po chwili względnego spokoju w 63. minucie Camp Nou dosłownie eksplodowało za sprawą ekwilibrystycznego trafienia Suareza. Do tego momentu Urugwajczyk poza asystą był bardzo oszczędny w swoich zagraniach. Ale co to był za gol! Luisito złożył się do woleja po dośrodkowaniu Daniego Alvesa i uderzając piłkę ochraniaczem(?) wbił gwóźdź do trumny Arsenalu. Dzieła zniszczenia na dwie minuty przed końcem zawodów dopełnił Messi i całe trio MSN znów cieszyło się z bramki. I ponownie było z tego wiele radości.

 

Serdecznie podziękowania dla: Sławka, Rafała, Justyny, Marcina oraz dla dwóch Magd, dzięki którym pobyt w mieście Gaudiego był kompletny. W kwietniu 2015 r. podjąłem najlepszą decyzję w moim życiu i wraz z FCBP wyruszyłem na podbój stolicy Katalonii? Czy było warto? Rok później, kiedy pojawiła się kolejna okazja do obejrzenia meczów FC Barcelony - nie wahałem się ani chwili. Na Camp Nou w meczach z Getafe i Arsenalem padło łącznie 10 bramek, z czego aż 9 dla Dumy Katalonii. Polecam każdemu cules, choć raz w życiu, doświadczyć podobnych emocji. Najlepiej z FCBP, bo wszyscy, i każdy z nas z osobna- tworzy niezapomnianą atmosferę w trakcie wspólnych wyjazdów.

 

* z pozdrowieniami dla Sławka i Rafała:

 

 

 AUTOR: BARTOSZ TĘSIOROWSKI